Ostatnio miałem taką rozkminę...Gdyby kiedyś w środku ciepłej, letniej, spokojnej nocy ktoś zbudził mnie ze snu i z marszu kazał mi odpowiedzieć na pytanie jaka ekipa jest najlepszym rapowym zespołem w historii to, po uprzednim zbluzganiu takiego delikwenta, odpowiedziałbym, że z całą pewnością najlepszym hiphopowym składem był, jest i pewnie przez długi czas pozostanie OutKast. Duet z Atlanty bowiem jest nie tylko składem z równą jak stół dyskografią (choć oczywiście kilka tytułów nieco się wyróżnia na tle innych), nie tylko łączy niesamowite umiejętności z ogromną popularnością (multiplatynowy status, ale i niezliczona ilość nagród, w tym 6 statuetek Grammy), ale oprócz tego zawsze wnosił świeżość i oryginalność na rap scenę nagrywając albumy, które nie dość, że zyskiwały rzesze słuchaczy, to nigdy nie zostały naznaczone piętnem konformizmu ich autorów. Outkaści nie podążali za trendami. Oni je kreowali, a poza tym starali się (albo po prostu był to naturalny element ich twórczości), by każdy z albumów różnił się od poprzedniego.
Pogdybajmy jednak dalej. Myślę, że gdybyście spytali dowolnego słuchacza rapu o to który z członków duetu z ATL jest fajniejszy/ciekawszy/lepszy/bardziej utalentowany, to pewnie bez wahania wskazałby on na Andre 3000. Nic w tym dziwnego - Andre nie tylko świetnie rapuje, ale i ma naprawdę niezły wokal, a przy okazji niesamowity zmysł do tworzenia wpadających w ucho hooków. Wreszcie, to każda gościnnie dograna zwrotka 3 Stacksa wywołuje wśród fanów rapu ogromne poruszenie, a każdy z nich zadaje to samo, retoryczne pytanie: "Kiedy Andre nagra w końcu solówkę?". No cóż, na nagranie solo albumu cały czas się nie zapowiada (choć plotki takie od czasu do czasu się pojawiają) i to między innymi dlatego bohaterem tego wpisu będzie "ten drugi" z zespołu OutKast.
Szczerze mówiąc dla mnie też Big Boi zawsze był nieco w cieniu Three Stacksa, jednak idiotą musiałbym nazwać tego, który by stwierdził, że Daddy Fat Saxxx (bo tak o sobie często Big Boi mówi) jest słabym raperem - skillsów nikt normalny mu przecież nie odmówi. Ponadto ma na swoim koncie już dwie dobrze przyjęte solówki, a jako, że obydwie zostały przeze mnie przyjęte bardzo ciepło (choć debiutancka solówka jednak znacznie cieplej), to nie może dziwić fakt, że z wytęsknieniem czekałem na nadchodzące dzieło Antwana Pattona. Czy miałem jakieś obawy?
A dlaczego byłem spokojny? Bo Big Boi nie wychodzi z formy! I słusznym był brak tych obaw, gdyż "Boomiverse", mimo iż do poziomu debiutanckiego albumu nie sięgnął to jednak daje nam Big Boi'a w najczystszej postaci ze świetną techniką, wygimnastykowanym flow i oryginalnym brzmieniem.
Można by w takim razie powiedzieć: "nic nowego, więc po co się nad tym tematem rozwodzić"? Ale, mimo że mało rzeczy mnie w tym albumie zaskoczyło, postanowiłem podzielić ten wpis na dwie części, które będą się do recenzowanej płyty odnosić.
Część pierwsza, czyli...
...czego się po "Boomiverse" spodziewałem (i zarazem co ostatecznie się sprawdziło)?
Sleepy'ego Browna wśród gości/Organized Noise wśród producentów
Członek Dungeon Family jest stałym elementem solówek Big Boi'a i trzeba przyznać, że trochę ciężko jest mi sobie wyobrazić jego nieobecność na albumie Antwana. I dzięki Bogu, że Big Boi nie odszedł od tego zwyczaju, bo chemia między obydwoma Panami jest zauważalna i to ona w dużej mierze kreowała klimat płyt OutKastów i kreuje do tej pory klimat płyt Big Boi'a. Nie można oczywiście nie wspomnieć o wkładzie Sleepy'ego w muzyczną warstwę płyty, bo tak jak w przypadku poprzednich albumów, tak i teraz Organized Noise (do których to szacownego grona Sleepy Brown przynależy) dorzucili kilka produkcji. Oczywiście kto dobry gracz ten wie, że Organized Noise współpracują z Big Boi'em już od czasów pierwszej płyty OutKastów, więc o poziom tej współpracy można być spokojnym.
Różnorodności brzmieniowej
Skoro już o warstwie muzycznej mowa...Biorąc na warsztat poprzednie płyty Big Boi'a i wsłuchując się w samą linię melodyczną można na pierwszy rzut ucha odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z ogromnym chaosem brzmieniowym. Biorąc za przykład "Vicious Lies...", czyli drugą płytę Pattona. mamy tu chociażby takie tracki jak "Mama Told Me", "In the A" i "Apple of my Eye", czyli w zasadzie bity z trzech zupełnie różnych bajek. Znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że Big Boi po prostu przeholował z tym rozstrzałem na drugiej płycie (myślę, że mógłbym się pod tym podpisać), mimo wszystko jednak ten eklektyzm brzmieniowy ma w sobie to coś, co sprawia, że z tego pozornego chaosu wyłania się postać tknięta geniuszem. Na "Boomiverse" również mamy sporą różnorodność. Znajdziemy tu typowo południowobrzmiące "In the South", niedługo potem "All Night" z dynamicznym pianinkiem, a zaraz po nim kalifornijskie "Get Wit It". Jeśli do tego kociołka dorzucimy elektroniczne "Chocolate" to dostaniemy naprawdę nieźle zmieszaną i wstrząśniętą miksturę. Nie żebym narzekał - uważam, że jest to dobry ruch i charakterystyczna cecha płyt Big Boi'a, zaznaczając przy tym, że większość z tych produkcji stoi na dobrym poziomie.
Tracków z południowcami
Ludacris, T.I., Killer Mike, B.o.B, Yelawolf, Gucci Mane, Big K.R.I.T. - tacy między innymi goście pojawiali się na poprzednich dwóch płytach Big Boi'a. Co ich łączy? Wszyscy reprezentują południową scenę USA. Ten "lokalny" patriotyzm był podstawową częścią albumów Pattona i ciężko było przypuszczać, że tym razem miałoby się to zmienić. I rzeczywiście tym razem po raz kolejny pojawiają się Killer Mike, Gucci, oraz nieśmiertelny jak się po raz kolejny okazuje - Pimp C, ale mamy tu także "debiut" Curren$y'ego oraz kolejnego reprezentanta ATL - Jeezy'ego. Może nieco dziwić, że Killer Mike pojawił się w aż trzech utworach (czyli w 1/4 całego albumu), bo nieczęsto zdarzają się takie zabiegi, ale biorąc pod uwagę fakt, iż Mike z OutKastami rozumie się jak mało kto, to w oczywisty sposób wyjaśnia tego typu posunięcie. Czyli tradycja zapraszania gości z Południa została podtrzymana ze strony autora, zaś ze strony gości podtrzymano tradycję naprawdę dobrych lub bardzo dobrych zwrotek. To ewidentny plus tego albumu.
Humoru/puszczania oka do słuchacza
Big Boi przyzwyczaił do tego, że lubi nagrać kawałki z przymrużeniem oka, z czegoś przyszydzić, czy zażartować. Nie inaczej jest w tym przypadku, gdzie możemy usłyszeć choćby groteskowe "All Night", czy "Freakonomics", które otwierane świetną saksofonową solówką zmienia się w soczysty funkowy numer z następującymi wersami w refrenie:
It's Freakonomics
That's why every dime is making money
Got it down to a science, yeah, she studied
Since the beginning of time
Every girl I see got a PhD in Freakonomics
Przytyków w stronę kobiet
She say she want to see me but I got me somebody
I tell her see you next lifetime but she want me today
And if I give her D, then she will never go away
We went from watching a lil movie to me drilling for babies
Now she know that I know that we know we fucking
All up in each other like it ain't nothing
No cuffing, just busting
Don't stop till you get enough of the hip-thrusting
Trust me, always in a must-win
Fall back, what, you thinking I'm a husband?
Boyfriend?
Bae? Naw, give up the drawers
Forever in the friend zone? Yes we are
myślę, że wystarczy :)
Część druga, czyli...
...co mnie zaskoczyło?
"Banalny" tytuł
"Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty"
"Vicious Lies and Dangerous Rumors"
Jeśli nie za bardzo siedzisz w temacie to spieszę z wyjaśnieniem - tak właśnie nazywały się dwie poprzednie płyty Big Boi'a. OK, epka Big Boi'a z Phantogramem nazywała się"Big Grams", czyli mogła sygnalizować odejście od rozwlekłych tytułów, jednakże po pierwsze nie było to solowe nagranie, a po drugie tytuł był niejako połączeniem pseudonimu artystycznego jednego wykonawcy z nazwą zespołu, z którym ów wykonawca tę epkę nagrał. Poza tym każdy kto zna twórczość Big Boi'a od jej początków pamięta o "Southerplayastilcadillacmuzik" (tak btw to dam sobie rękę uciąć, że tę nazwę wymyślił właśnie Big Boi), więc widać, że tradycją ciągnących się tytułów płyt sięga dawnych czasów. "Boomiverse" brzmi przy tym prosto, krótko i...dziwnie. No ale przecież nie tytułem mierzy się jakość albumu.
Brak obecności Andre
Niewielu wie, ale na pierwszą płytę Antwana nagrany został wspólny kawałek Big Boi'a oraz Andre. "Lookin 4 ya" ostatecznie nie pojawiło się jednak na albumie, a niedługo potem zaczęły krążyć pogłoski, że współtwórcy OutKast są mocno ze sobą skłóceni. Jaka była prawda - ciężko stwierdzić lecz obydwaj panowie po pewnym czasie publicznie przyznali, że żadnego konfliktu nie ma i nawet ruszyli we wspólną trasę. Mimo tego wspólnych ich nagrań nie uświadczono, a szkoda, bo wielu z pewnością ostrzyło sobie apetyty na powrót ATLiens. Jednak Andre trochę popracował w 2016 roku i nagrał największą liczbę gościnnych zwrotek w karierze. Nadzieje fanów duetu z Atlanty odżyły, jednak jak się okazało - na próżno.
Scott Storch
Tak, doszły mnie słuchy o odradzającym się Storchu i pamiętam, że miał on udział w produkcji jednego z najlepszych bangerów jakie słyszałem w 2010 roku, a tak się składa, że był to kawałek właśnie z płyty bohatera tego wpisu ("Shutterbug"). Mimo wszystko nie spodziewałem się, że ten były już (podobno) ćpun pojawi się wśród producentów "Boomiverse".
Słaba sprzedaż
Nie to żebym spodziewał się zawojowania Billboardu przez Big Boi'a. Wiadomo, że obecnie wielu raperów zmaga się z problemem spadającej sprzedaży, a dotyka to szczególnie (poza nielicznymi) weteranów sceny. Jednak ta płyta ma zarówno radiowy hit z mega radiową gwiazdą ("Mic Jack" z Adamem Levine'em), turbo bangera ("Kill Jill"), przyjemne dla ucha kawałki jak i fenomenalną listę gości, a i producenci nie są jacyś no-name'owi. Nie spodziewałem się oczywiście nie wiadomo jakiej sprzedaży, ale jednak 20 tysięcy w pierwszym tygodniu to słabiutki jak na tego rodzaju rapera wynik.
Reasumując - jedyne czego można się spodziewać w przypadku albumów Big Boi'a to czegoś niespodziewanego. Autor utrzymuje swój charakterystyczny klimat w utworach sięgając jednak po raz kolejny po podkłady różniące się od siebie bardzo często diametralnie. Poza tym cały czas jest w formie technicznej, na bitach brzmi fenomenalnie, ma do tych bitów ucho, a gości dobiera prawie bezbłędnie (ech, ten Kurupt...). Niestety odnoszę wrażenie, że trochę jednak poziom liryczny nie ten co kiedyś, a i dwóch wypełniaczy na tej krótkiej przecież płycie się nie ustrzegł. Poza tym to jednak bardzo przyjemna w odbiorze płyta, która w moim prywatnym rankingu płyt Big Boi'a mieści się mniej więcej w okolicach "Vicious Lies...", niżej niż debiut, a zdecydowanie wyżej niż "Big Grams".






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz