W 2017 roku można z czystym sumieniem powiedzieć coś, co jeszcze 10 lat temu mogłoby zostać uznane za dobry żart: Zachodnie Wybrzeże już dawno nie miało się tak dobrze jak obecnie. Region, który od pojawienia się na scenie N.W.A. wyznaczał trend do połowy lat 90., a swoim G-Funkiem zrewolucjonizował amerykańską rap scenę, wraz ze śmiercią Tupaca stracił jednego ze swoich najwybitniejszych przedstawicieli i zarazem zatracił swoją przebojowość. Westcoast długo nie podnosił się z kolan, a pojedyncze zrywy na przełomie wieków w postaci powrotu Dre, czy kolejnych nagrań Snoopa i Ice Cube'a nie zmieniały tego stanu rzeczy. Co prawda 1999 tego pierwszego z miejsca stało się klasykiem i królem list przebojów, jednakże autor nie poszedł za ciosem, tylko zaszył się głęboko w studio pracując "w cieniu" nad budowaniem legend takich graczy jak Eminem czy 50 Cent. Snoop żadnym ze swoich albumów nie dobił do poziomu debiutu, E-40 co prawda trzymał w ryzach Bay Area, ale z upływem czasu jego albumy coraz niżej lądowały na listach, z Too $hortem sprawa miała się podobnie, zaś Ice Cube chyba bardziej przykładał się do produkcji filmowej, niż do wydawania albumów. Brakowało lidera, kogoś, kto wytyczyłby ślad, po którym mogliby podążyć inni. Brakowało impulsu na miarę eksplozji G-Funku z początku lat 90. W 2005 roku wydawało się, że na takiego lidera wyrasta The Game, który sporo namieszał swoim debiutem, oraz konfliktem z będącym wówczas u szczytu swej kariery 50 Centem. Niestety szybko okazało się, że do statusu żadnej z kalifornijskich gwiazd Game nie dosięgnie.
Dziś sytuacja wygląda jednak dużo inaczej. Zachodnia scena ma lidera w postaci Kendricka, który może i nie jest tak charyzmatyczny jak 2Pac, ale z roku na rok konsekwentnie poszerza liczbę swoich słuchaczy i nic nie wskazuje na to, że miałoby się to wkrótce zmienić. Za nim kroczą tacy gracze jak ScHoolboy, ulicznicy w stylu YG czy Jay Rocka, w Bay Area do statusu E-40 aspiruje G-Eazy, zaś Long Beach co prawda cały czas ma swojego Snoopa, ale doczekało się innego wymiatacza w postaci Vince'a Staplesa i to właśnie autor Senority (nie, Sherlocku, nie o Pezeta mi chodzi) będzie głównym bohaterem tego wpisu.
Dla wielu słuchaczy debiut Vince'a jest już klasykiem. Bezkompromisowe opowieści rodem z ulic Long Beach snute przez nieco niepozornego bohatera, położone na bitach legendarnego No I.D. ze wsparciem choćby Clamsa Casino nie zawojowały co prawda list przebojów, ale pokazały, że młodziak z LBC ma nie tylko duży potencjał, ale też niepodrabialną stylówkę. Jasnym stało się, że Summertime '06 to wysoko postawiona poprzeczka, jednak Staples postanowił wziąć duży rozbieg i ją po prostu przeskoczyć. Wiadomo jednak, że chęci i życzenia to jedno, a realizacja to drugie. Pytanie: czy VS ostatecznie tę poprzeczkę przeskoczył, czy też podczas próby skoku potknął się i wyrżnął o brudny, kalifornijski bruk?
Cóż, nie wiem jak tam u Vince'a ze zdolnościami lekkoatletycznymi, ale jeśli chcemy terminologię sportową przerzucić na rapowy grunt, to trzeba przyznać, że ze Staplesa skoczek co nie miara, bo (sportowej terminologii ciąg dalszy) zaserwował nam kawał albumu. Choć być może "kawał" to w tym przypadku nienajlepsze słowo, bo pierwsze co rzuca się w oczy to fakt, że Big Fish Theory jest znacznie krótsze niż Sumertime. Długością znacznie bliżej jej bowiem do Prima Donny, która była przecież EPką, niż do debiutu młodego gracza z LBC. Summertime rozbite na dwa cedeki trwało około godziny, teraz mamy materiału na zaledwie 36 minut, więc różnica jest zauważalna, ale jeśli mam być szczery, zmiana wyszła Vince'owi na dobre. Dla mnie bowiem debiut był już pod koniec nieco męczący, a jako że wychodzę z założenia, iż lepszy lekki niedosyt niż przesyt, to w tym wypadku muszę postawić Staplesowi plusa za to zagranie.
Co zaś do samej zawartości albumu: projekt otwiera Crabs in a Bucket, w którym autor nawiązuje do własnego sukcesu oraz reakcji jego otoczenia na taki stan rzeczy:
Crabs in a bucket
Wanna see you at the bottom, don't you love it?
When they're hatin' so you hit 'em with the encore
Sendin' shots but you at the top floor
Czyli na start dostajemy tak często przerabianą w hiphopowych kawałkach gadkę na temat zawiści i zazdrości połączoną z uprzedzeniami rasowymi w stosunku do czarnych:
They don't ever want to see the black man eat
Nails in the black man's hands and feet
Put him on a cross so we put him on a chain
Początek płyty jest więc nieco podobny do tego jak zaczynało się Summertime, w którym Lift me up zahaczało o podobną tematykę. Brak tu jednak typowo uliczno-hardocore'owych wersów, które charakteryzują poprzedniczkę. Gdy w następnej kolejności wjeżdża bangerowe Big Fish z Juicy J'em otwierane słowami I was up late night ballin', to można nabrać wątpliwości czy usłyszymy tu w ogóle jakieś typowo uliczne historie. Vince jednak świadomy swojego rosnącego statusu, nie zapomina o swoich ulicznych korzeniach i łączy te 2 klimaty w sposób bezbłędny:
I was up late night balling
So far from my past misfortune
No sleepin', late nights no eatin'
Gun squeezing, I'm a real Artesian
Ramona, I was round that corner
Still down, I'm a Norf Norf soldier
G slide right down do Sawyer
When we slide, you won't see morning
Another story of a young black man
Tryna make it up out that jam, God damn
Bag back, let me make my bands, got plans
Nawet w lajtowym wydawałoby się Rain Come Down z Dolla $ignem przemyca takie linijki:
I'm the man, ten toes in the street
I'm the blood on the leaves, I'm the nose on the Sphinx
Where I'm from we don't go to police
Where I'm from we don't run, we just roll with the heat
I'm the back of the bus, take a seat
Take a ride on my side where we die in the street
And the cops don't come for some weaks
...czyli jesteśmy w domu.
Jeśli chodzi o oprawę muzyczną to jesteśmy w domu, ale jakby nieco innym. Summertime było arcydziełem produkcyjnym - o wszystko dbał przecież niezrównany No I.D. Tutaj jest jednak znacznie mniej hiphopowo, Vince sięgnął bowiem po kilka produkcji muzyków kojarzonych bardziej z elektroniką niż z rapem. GTA, Sophie, czy Flume produkują również dla rapowych wykonawców, jednak to nie z tym gatunkiem są oni kojarzeni w pierwszym rzędzie. Znajdziemy tu oczywiście bity z rapowym sznytem, ale znacznie więcej tu brzmień ocierających się o house czy techno. Czy to oznacza karkołomny skręt Vince'a w niewłaściwą stronę? W żadnym wypadku, bo produkcja po raz kolejny jest fenomenalna. Staples z resztą udowadniał już, że lubi i potrafi nawijać pod bity odbijające od hiphopowego kanonu:
...i na Big Fish Theory potwierdził fakt, że na takich podkładach czuje się nomen omen jak ryba w wodzie. Z jednej strony raczy nas leniwym, ciągnącym się flow (745), by później położyć wersy ze znacznie większą dynamiką, jak na Homage. Żaden bit go nie przyćmił, nie zjadł, wręcz przeciwnie - klimat, który wytwarza młody Crip wciąga nie mniej niż podczas odsłuchu poprzedniej płyty. Wciąga na tyle, że słuchając 745 za każdym razem zastanawiam się dlaczego, do cholery, jeszcze nie przesiadłem się ze Skody do tytułowego BMW. Wydaje się, że ten numer został stworzony po to, by słuchać go w aucie - to co robi tam bas z perką jest naprawdę miodem dla uszu, a na dobrych samochodowych głośnikach musi być poezją. Reasumując - Vince po raz kolejny pokazał, iż jego flow jest na tyle uniwersalne, że potrafi wpisać się zarówno w oszczędne produkcje No I.D., jak i w elektroniczne szaleństwo.
Na tego typu produkcjach równie dobrze czuje się Kilo Kish, a więc postać, która miała swój duży udział w powstaniu Summertime. Ciężko mi sobie teraz wyobrazić płytę Vince'a bez tej wokalistki, bo uzupełniają się we dwójkę świetnie i aż dziw bierze, że tak niewielu rapowych wykonawców zaprosiło ją do nagrania wspólnego utworu. Kilo Kish nie tylko dodaje uroku tym nagraniom, ale także doprawia je pełnymi cynizmu linijkami:
Was a pleasure to meet you
Long time ago I creeped through
Now whenever I see you
Can't figure where did I meet you
Everything see through
Your face, that smile, I see you
Nowadays I don't see you
Mostly 'cause I don't need to
O Kilo Kish ciężko jednak mówić jak o ksywce, która przyciągnęłaby przeciętnego słuchacza do odsłuchu tej płyty. Podobnie jak w przypadku takich gości jak Daley, czy Joey Fatts, których słyszeliśmy na debiucie Vince'a Staplesa. Tym razem autor postanowił sobie pomóc sięgając po rzucającą się w oczy listę gości. Ty Dolla $ign, Juicy J, A$AP Rocky, czy Kendrick, to zdecydowanie gruba artyleria, która na dodatek trafiła w punkt. Zarówno Dolla $ign jak i Juicy dali nam świetne refreny, a Kendrick...no Kendrick jest po prostu Kendrickiem. Jak nie kumasz o co chodzi to odpal sobie Yeah Right. Słowa komentarza są tu zbędne.
Wspólnie z producentami oraz gośćmi zaproszonymi do wspólnych nagrań Vince stworzył album, który nie tylko pokazuje rozpiętość umiejętności autora, ale też zachwyca produkcją. Spróbujcie na rap scenie znaleźć tegoroczną płytę z takiego rodzaju oprawą muzyczną - będzie to wyczyn nie lada. Staples co prawda ognia na nowo nie wymyśla i raczej nie zaskakuje: to ciągle są liczne opowieści z kilkoma momentami, w których dorzuca wersy o marzeniach młodego Afromamerykanina z ciągle niebezpiecznego Long Beach, jak i kilka politycznych wtrętów:
Prison system broken, racial war commotion
Until president get ashy, Vincent won't be votin'
We need Tamikas and Shaniquas in that Oval office
Obama ain't enough for me, we only getting started
Naprawdę ciężko mi w tej chwili znaleźć słabe punkty tego albumu. Na upartego można by się przyczepić do długości albumu, bo niedosyt zostaje, ale zawsze w takich przypadkach przywołuje Illmatica, którego odsłuch trwa praktycznie tyle samo. OK, Big Fish Theory pewnie nie będzie na tyle przełomowe dla rap gry co debiut Nasa, ale tytuł płyty jest nieprzypadkowy jeśli chodzi o poziom nagrywki, bo to naprawdę gruba ryba wśród hiphopowych płyt. W tym roku na pewno jedna z najlepszych, które do tej pory wyszły. A.D. 2017 ma jeszcze 5 miesięcy. Jeśli dorzuci nam kilka albumów lepszych niż powyższy, wówczas będzie można powiedzieć o naprawdę bardzo mocnym roku.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz