wtorek, 16 maja 2017

Włodi - WDPDD






Dawno, dawno temu, w czasach, gdy Internet dla przeciętnego Polaka był czystą abstrakcją, a raperzy traktowani byli z niechęcią i odrzuceniem podobnym do tego jakim darzy się dziś w Polsce uchodźców, na ulicach miasta położonego nad rzeką Wisłą, powstał sobie skład hiphopowy...Jego członkowie nie byli jednak dzielnymi rycerzami, nie ratowali niewinnych księżniczek z opresji, a na ich szyjach nie wisiały naszyjniki ze smoczych kłów. Jego członkowie, mimo iż to nie oni położyli kamień węgielny pod warszawski rap, to jednak w dużym stopniu go zdefiniowali. A najzdolniejszy z nich żyje (na scenie) długo i (mam nadzieję) szczęśliwie...




...a na imię jest mu Włodi. A właściwie tak brzmi jego ksywa, bo na imię to on miał (i ma do tej pory) Paweł.

Nie bez przyczyny uderzyłem w baśniowy ton. Dla większości obecnych słuchaczy polskiego rapu czasy założenia Molesty muszą bowiem brzmieć nierealnie, niczym opowieści o smokach. Oto bowiem dwóch młodych gości, których znajomość funkcjonowała bez pomocy komórek i mediów społecznościowych postanowiło założyć rapową ekipę w czasach, kiedy większość Polaków na pytanie "czym jest hip-hop?" odpowiedziałaby pewnie, że to ludowy taniec któregoś z afrykańskich plemion.

Również ówczesne nagrywki rapowe (ich jakość, forma i treść) u młodych mogą wywołać zdziwienie, jeśli nie politowanie, bo (like it or not) brzmią one dziś po prostu archaicznie. A jednak rap w Polsce nabrał rumieńców właśnie dzięki tym nagrywkom. Dzięki "Osiedlowym akcjom", dzięki "Się żyje" i "Wiedziałem, że tak będzie". Gdy posłuchamy wypowiedzi warszawskich raperów na temat debiutu Molesty ("Skandal"), to zauważymy, że uderzają one w jeden ton - Molesta zmieniła ich postrzeganie rapu, zdefiniowała go dla nich, sprawiła, że oni sami zechcieli nagrywać rapy, wypełniała ich codzienne życie. Wystarczy pooglądać sobie choćby poniższy film (polecam!), by zrozumieć jakim szacunkiem cieszyła się Molesta oraz każdy z jej członków (w tym konkretnym przypadku najwięcej można oczywiście usłyszeć o Włodim):

Ja, mimo, że jednak młodszy od wyżej wypowiadających się MCs, to też przechodziłem długi okres jarania się Molestą. Pamiętam dumę, która towarzyszyła mi, gdy paradowałem w ich T-shircie przez miasto. Pamiętam też lekki stres, gdy późną, letnią nocą szedłem przez park na dworzec kolejowy, by od dziewczyny zdążyć na pociąg do domu i starając się przejść na tyle sprawnie, by nie przyjebały się do mnie ekipy okupujące tamtejsze ławki. Gdy już jednak okazało się, że zostałem zauważony, gdy przechodziłem pod jedną z latarni, nie usłyszałem "zajebać ci, kurwa?" tylko przyjacielskie "Ave Ewenement!". Nie może więc dziwić, że biorę dziś na warsztat album stworzony przez współtwórcę tego kultowego zespołu, który dostarczył mi tylu emocji.


Rozwodzenie się nad tematem przewodnim płyty "Wszystkie Drogi Prowadzą Do Dymu" nie ma najmniejszego sensu. Marihuana pojawiła się bowiem już na pierwszych nagrywkach Molesty i przewijała się w późniejszych nagraniach, które serwował nam Włodi na swoich solowych albumach. Na "Wszystko z dymem" w zasadzie każdy kawałek zahaczał choćby delikatnie o ten temat i nie inaczej jest na "WDPDD".

Pomylił się jednak ten, który stwierdził po przesłuchaniu pierwszego singla (swoją drogą kozackiego), że z najnowszego dzieła Włodka nie da się wyciągnąć nic innego. "Kominy" rzeczywiście są od początku do końca numerem o jaraniu, ale druga zwrotka sygnalizuje, że nie jest to tylko hymn dla spizganych mord:

Gniew przepuszczam przez filtry
Jak nie jest do śmiechu skończy na dnie popielniczki
Lecz dla jasności nikt z nas nie jest tak naiwny
Joint łagodzi problemy lecz ich nie zastąpi nigdy

Moralizatorstwa czy społecznych tekstów mimo wszystko jest tu nie za wiele, jednak z wersów jasno wytacza nam się obraz dojrzałego gościa, który mimo, że założył rodzinę już dawno temu, to jednak nie pasuje do szablonu narzuconego przez społeczeństwo, w który "powinien" wpisywać się żonaty 40-latek z dwójką dzieci.

Oni mówią mi o wyjściu z bloków,
Ej, synu, tylko śmieję się, lepiej daj spokój
Znam kilka powodów dla których ciągle tutaj jestem
A ty dalej wciskaj, jak to niebezpieczne

Ktoś powie "te wersy są słabe, tandetne, trywialne" i ciężko byłoby stanąć z szabelką i bronić Włodiego w tej materii. Tak, zgadza się, Włodek nigdy nie był lirycznym gigantem i nie został nim nagle w tej chwili. Powiem więcej, ciągle zdarza mu się zahaczyć o rymy tak banalne, że na długo przed rozpoczęciem danego wersu już doskonale wiesz jakim słowem się zakończy. Spójrzcie tylko na to i spróbujcie w myślach dokończyć wers:

Zjadł i mówi: "i tak mi się upiekło
Kiedyś żyłem jak w niebie, potem...

...no właśnie :)

Ale jak bardzo oklepane by te wersy nie były, gdy padają one z ust Włodka mają swój własny, niepowtarzalny wydźwięk, bo podlane są tym co charakteryzuje bohatera tego wpisu od lat - AUTENTYCZNOŚCIĄ.

I jest to słowo, które w zasadzie pada najczęściej w kontekście Włodiego. Bo nieważne czy nawija o jaraniu, rodzinie, osiedlowych akcjach sprzed lat czy bawi się w storytellera - w każdym z tych przypadków czujemy, że mówi serio.

Co do storytellingu Włodi daje nam jego przedsmak w "Szyldzie", by potem pojechać już z grubej rury w "Zapachu PS". Historia opakowana w niepokojący bit przypominający mi ten ze Schoolboy'owego "Hoover Street", opowiedziana jest nader zręcznie, choć przyznam, że do najbardziej skomplikowanych nie należy i jeśli autor płyty trochę bardziej by się rozpisał, mogłoby z tego wyjść małe arcydzieło. A tak mamy niestety "tylko" niezły storytelling.

Bohater tego wpisu nie raczy nas niestworzonymi historiami. Wspomina raczej o aspektach codzienności, co z resztą w stu procentach można wyczytać z "D/CD". Nie zmienia to jednak faktu, że utwory mają w sobie to coś, co sprawia, że słuchamy z zaciekawieniem, mimo tego, że oceniając na chłodno poszczególne linijki czy całokształt tekstów, zdajemy sobie sprawę, że tekstowe Himalaje w wykonaniu Włodiego to, to nie są.

Trzeba przyznać, że na pewno pomagają mu w zbudowaniu odpowiedniego efektu klimatyczne, duszne i niejednokrotnie narkotyczne (ciężko by takie nie były skoro motywem przewodnim jest trawa) bity. Wyprodukowali mu je Returnersi, DJ B oraz Sampler Orchestra i naprawdę ciężko stwierdzić kto spisał się w tej kwestii najlepiej, więc wielkie brawa zarówno dla całej producenckiej ekipy jak i dla Włodiego, który dokonał selekcji podkładów, bo brzmi to wszystko świetnie.
Brawa nie mogą ominąć także gości, którzy udzielili się na płycie. Mimo tego, że pojawiają się oni na więcej niż co drugim utworze, to nie można powiedzieć, że przyćmili gospodarza. Każdy pasuje tu do utworu, w którym się pojawił i dodaje jakości, która uzupełnia ten niedługi album.

A no właśnie...długość. Kwestia, nad którą debatują fani muzyki na całym świecie: "lepszy przesyt czy niedosyt"? Lub po prostu: "czy lepsze są albumy krótkie czy długie?". Włodi w tym aspekcie niezmiennie od lat stawia na spójność i zwięzłość. Jeśli dobrze pamiętam wzoruje się na swoim (chyba) ulubionym albumie - nieśmiertelnym "Illmaticu". I jest to kolejny aspekt, który uwidacznia, że Włodi jest autentyczny i trwały w swych postanowieniach. W ciągu 14 lat nagrał 4 solowe płyty i żadna z nich nie liczyła więcej niż 11 utworów!

A jak wygląda moje zdanie w tej debacie? Lepsze długie czy krótkie? Cóż...myślę że wystarczy powiedzieć, iż "Illmatic" to jeden z moich ulubionych albumów :) Nie lubię płyt dłuższych niż 16 kawałków, choć oczywiście wymieniłbym co najmniej kilka, które nie zejdą mi ze słuchawek jeszcze przez długi czas, a liczą sobie więcej utworów.


Jakiego bym jednak nie miał zdania, w przypadku Włodka nagrywanie krótkich albumów się po prostu sprawdza, bo wydaje mi się, że jego nawijka mogłaby być męcząca przy większej długości. Przy obecnym stanie rzeczy myślę, że wszystko jest dobrze wyważone i nawet jeśli palenie trawy jest Wam obce lub nawet wywołuje w Was obrzydzenie, to nie poczujecie się przytłoczeni nadmiarem nawiązań do tego tematu, bo mimo, że jest tego sporo, to jednak przyjemność z samego wczucia się w ten specyficzny klimat, jest w stanie to zrekompensować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz