Dawno,
dawno temu, w czasach, gdy Internet dla przeciętnego Polaka był czystą
abstrakcją, a raperzy traktowani byli z niechęcią i odrzuceniem podobnym do
tego jakim darzy się dziś w Polsce uchodźców, na ulicach miasta położonego nad
rzeką Wisłą, powstał sobie skład hiphopowy...Jego członkowie nie byli jednak
dzielnymi rycerzami, nie ratowali niewinnych księżniczek z opresji, a na ich
szyjach nie wisiały naszyjniki ze smoczych kłów. Jego członkowie, mimo iż to
nie oni położyli kamień węgielny pod warszawski rap, to jednak w dużym stopniu
go zdefiniowali. A najzdolniejszy z nich żyje (na scenie) długo i (mam
nadzieję) szczęśliwie...
...a na
imię jest mu Włodi. A właściwie tak brzmi jego ksywa, bo na imię to on miał (i
ma do tej pory) Paweł.
Nie bez
przyczyny uderzyłem w baśniowy ton. Dla większości obecnych słuchaczy polskiego
rapu czasy założenia Molesty muszą bowiem brzmieć nierealnie, niczym opowieści
o smokach. Oto bowiem dwóch młodych gości, których znajomość funkcjonowała bez
pomocy komórek i mediów społecznościowych postanowiło założyć rapową ekipę w
czasach, kiedy większość Polaków na pytanie "czym jest hip-hop?" odpowiedziałaby
pewnie, że to ludowy taniec któregoś z afrykańskich plemion.
Również
ówczesne nagrywki rapowe (ich jakość, forma i treść) u młodych mogą wywołać
zdziwienie, jeśli nie politowanie, bo (like it or not) brzmią one dziś po
prostu archaicznie. A jednak rap w Polsce nabrał rumieńców właśnie dzięki tym
nagrywkom. Dzięki "Osiedlowym akcjom", dzięki "Się żyje" i
"Wiedziałem, że tak będzie". Gdy posłuchamy wypowiedzi warszawskich
raperów na temat debiutu Molesty ("Skandal"), to zauważymy, że
uderzają one w jeden ton - Molesta zmieniła ich postrzeganie rapu, zdefiniowała
go dla nich, sprawiła, że oni sami zechcieli nagrywać rapy, wypełniała ich
codzienne życie. Wystarczy pooglądać sobie choćby poniższy film (polecam!), by zrozumieć jakim szacunkiem cieszyła się Molesta oraz każdy z jej członków (w tym konkretnym przypadku najwięcej można oczywiście usłyszeć o Włodim):
Ja, mimo,
że jednak młodszy od wyżej wypowiadających się MCs, to też przechodziłem długi
okres jarania się Molestą. Pamiętam dumę, która towarzyszyła mi, gdy
paradowałem w ich T-shircie przez miasto. Pamiętam też lekki stres, gdy późną,
letnią nocą szedłem przez park na dworzec kolejowy, by od dziewczyny zdążyć na
pociąg do domu i starając się przejść na tyle sprawnie, by nie przyjebały się
do mnie ekipy okupujące tamtejsze ławki. Gdy już jednak okazało się, że
zostałem zauważony, gdy przechodziłem pod jedną z latarni, nie usłyszałem
"zajebać ci, kurwa?" tylko przyjacielskie "Ave Ewenement!".
Nie może więc dziwić, że biorę dziś na warsztat album stworzony przez
współtwórcę tego kultowego zespołu, który dostarczył mi tylu emocji.
Rozwodzenie się nad tematem przewodnim płyty "Wszystkie
Drogi Prowadzą Do Dymu" nie ma najmniejszego sensu. Marihuana pojawiła się
bowiem już na pierwszych nagrywkach Molesty i przewijała się w późniejszych
nagraniach, które serwował nam Włodi na swoich solowych albumach. Na
"Wszystko z dymem" w zasadzie każdy kawałek zahaczał choćby
delikatnie o ten temat i nie inaczej jest na "WDPDD".
Pomylił się jednak ten, który stwierdził po
przesłuchaniu pierwszego singla (swoją drogą kozackiego), że z najnowszego
dzieła Włodka nie da się wyciągnąć nic innego. "Kominy" rzeczywiście
są od początku do końca numerem o jaraniu, ale druga zwrotka sygnalizuje, że
nie jest to tylko hymn dla spizganych mord:
Gniew przepuszczam przez filtry
Jak nie jest do śmiechu skończy na dnie popielniczki
Lecz dla jasności nikt z nas nie jest tak naiwny
Joint łagodzi problemy lecz ich nie zastąpi nigdy
Moralizatorstwa czy społecznych tekstów mimo wszystko
jest tu nie za wiele, jednak z wersów jasno wytacza nam się obraz dojrzałego
gościa, który mimo, że założył rodzinę już dawno temu, to jednak nie pasuje do szablonu
narzuconego przez społeczeństwo, w który "powinien" wpisywać się żonaty
40-latek z dwójką dzieci.
Oni mówią mi o wyjściu z bloków,
Ej, synu, tylko śmieję się, lepiej daj spokój
Znam kilka powodów dla których ciągle tutaj jestem
A ty dalej wciskaj, jak to niebezpieczne
Ktoś powie "te wersy są słabe, tandetne,
trywialne" i ciężko byłoby stanąć z szabelką i bronić Włodiego w tej
materii. Tak, zgadza się, Włodek nigdy nie był lirycznym gigantem i nie został
nim nagle w tej chwili. Powiem więcej, ciągle zdarza mu się zahaczyć o rymy tak
banalne, że na długo przed rozpoczęciem danego wersu już doskonale wiesz jakim
słowem się zakończy. Spójrzcie tylko na to i spróbujcie w myślach dokończyć
wers:
Zjadł i mówi: "i tak mi się upiekło
Kiedyś żyłem jak w niebie, potem...
...no właśnie :)
Ale jak bardzo oklepane by te wersy nie były, gdy
padają one z ust Włodka mają swój własny, niepowtarzalny wydźwięk, bo podlane
są tym co charakteryzuje bohatera tego wpisu od lat - AUTENTYCZNOŚCIĄ.
I jest to słowo, które w zasadzie pada najczęściej w
kontekście Włodiego. Bo nieważne czy nawija o jaraniu, rodzinie, osiedlowych
akcjach sprzed lat czy bawi się w storytellera - w każdym z tych przypadków
czujemy, że mówi serio.
Co do storytellingu Włodi daje nam jego przedsmak w
"Szyldzie", by potem pojechać już z grubej rury w "Zapachu
PS". Historia opakowana w niepokojący bit przypominający mi ten ze
Schoolboy'owego "Hoover Street", opowiedziana jest nader zręcznie,
choć przyznam, że do najbardziej skomplikowanych nie należy i jeśli autor płyty
trochę bardziej by się rozpisał, mogłoby z tego wyjść małe arcydzieło. A tak
mamy niestety "tylko" niezły storytelling.
Bohater tego wpisu nie raczy nas niestworzonymi
historiami. Wspomina raczej o aspektach codzienności, co z resztą w stu
procentach można wyczytać z "D/CD". Nie zmienia to jednak faktu, że
utwory mają w sobie to coś, co sprawia, że słuchamy z zaciekawieniem, mimo tego,
że oceniając na chłodno poszczególne linijki czy całokształt tekstów, zdajemy
sobie sprawę, że tekstowe Himalaje w wykonaniu Włodiego to, to nie są.
Trzeba przyznać, że na
pewno pomagają mu w zbudowaniu odpowiedniego efektu klimatyczne, duszne i
niejednokrotnie narkotyczne (ciężko by takie nie były skoro motywem przewodnim
jest trawa) bity. Wyprodukowali mu je Returnersi, DJ B oraz Sampler Orchestra i
naprawdę ciężko stwierdzić kto spisał się w tej kwestii najlepiej, więc wielkie
brawa zarówno dla całej producenckiej ekipy jak i dla Włodiego, który dokonał
selekcji podkładów, bo brzmi to wszystko świetnie.
Brawa nie mogą ominąć także gości, którzy udzielili
się na płycie. Mimo tego, że pojawiają się oni na więcej niż co drugim utworze,
to nie można powiedzieć, że przyćmili gospodarza. Każdy pasuje tu do utworu, w
którym się pojawił i dodaje jakości, która uzupełnia ten niedługi album.
A no właśnie...długość. Kwestia, nad którą debatują
fani muzyki na całym świecie: "lepszy przesyt czy niedosyt"? Lub po
prostu: "czy lepsze są albumy krótkie czy długie?". Włodi w tym
aspekcie niezmiennie od lat stawia na spójność i zwięzłość. Jeśli dobrze
pamiętam wzoruje się na swoim (chyba) ulubionym albumie - nieśmiertelnym "Illmaticu".
I jest to kolejny aspekt, który uwidacznia, że Włodi jest autentyczny i trwały
w swych postanowieniach. W ciągu 14 lat nagrał 4 solowe płyty i żadna z nich
nie liczyła więcej niż 11 utworów!
A jak wygląda moje zdanie w tej debacie? Lepsze długie
czy krótkie? Cóż...myślę że wystarczy powiedzieć, iż "Illmatic" to
jeden z moich ulubionych albumów :) Nie lubię płyt dłuższych niż 16 kawałków,
choć oczywiście wymieniłbym co najmniej kilka, które nie zejdą mi ze słuchawek
jeszcze przez długi czas, a liczą sobie więcej utworów.
Jakiego bym jednak nie miał zdania, w przypadku Włodka
nagrywanie krótkich albumów się po prostu sprawdza, bo wydaje mi się, że jego
nawijka mogłaby być męcząca przy większej długości. Przy obecnym stanie rzeczy
myślę, że wszystko jest dobrze wyważone i nawet jeśli palenie trawy jest Wam
obce lub nawet wywołuje w Was obrzydzenie, to nie poczujecie się przytłoczeni
nadmiarem nawiązań do tego tematu, bo mimo, że jest tego sporo, to jednak
przyjemność z samego wczucia się w ten specyficzny klimat, jest w stanie to
zrekompensować.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz