Trzeba przyznać, że długo musieli się Rado z Astkiem naczekać,
by w końcu zostać zauważonymi na rodzimym podwórku. Dość powiedzieć, że ten
drugi w momencie wyjścia „Ludzi Sztosów” miał już rocznikowo 3 dychy na karku, a
przecież to właśnie tę płytę można by z czystym sercem nazwać pierwszym
sukcesem w karierze łódzkich nawijaczy. Jedni powiedzieliby "eee tam…lepiej
późno niż wcale", inni: "kurwa, czemu tak późno?". Przyklasnąć
można by jednym i drugim, bo z jednej strony niejeden fan pewnie wciąż narzeka
na to, że polski słuchacz tyle czasu musiał dorastać do stylu serwowanego przez
Sławów, ale z drugiej...ile to już tych "najbardziej niedocenionych"
przerabialiśmy w historii rapu zarówno u nas jak i za wielką wodą? Inna sprawa,
że "Ludzie Sztosy" to wreszcie była produkcja, która przystawała do
obecnych (ówczesnych ;) ) czasów. Nie żebym miał coś do klasycznego brzmienia,
ale jak widać odmiana, którą zaserwowały nam Sławy poprzednim krążkiem wpłynęła
na zdecydowanie szerszy odbiór ich muzyki. To dzięki tej płycie Jarek i Radek pojawili
się na większości polskich festiwali ostatnich dwóch lat (na Kempie również) i
opchnęli ponad 12 tysięcy kopii. Wiadomo, że to i tak o wiele mniej niż stali
bywalcy OLIS, ale zarazem to jednak wynik, którego nie można nie odnotować.
Wydawać by się mogło, że w takim wypadku rozsądnym
posunięciem byłoby pójście za ciosem i zaatakowanie nowym projektem w 2016. A
tu niestety zawód, bo nowa płyta wychodzi prawie równo 2 lata po swojej
poprzedniczce. Dlaczego tak się stało? Czy chodziło o kwestię dopieszczenia
płyty do ostatniego "uhh", czy może Sławy postanowiły dokonać jakiejś
rewolucji? W końcu biorąc pod uwagę całą dotychczasową dyskografię dwóch
pociesznych Łodzian, to z czystym sercem można stwierdzić, że „Ludzie sztosy”
to zwrot może nie o 180, ale o jakieś 90, czy 120 stopni na pewno w stosunku do
wcześniejszego dorobku. Jak jest tym razem…?




