środa, 8 lutego 2017

Dwa Sławy - Dandys Flow






Trzeba przyznać, że długo musieli się Rado z Astkiem naczekać, by w końcu zostać zauważonymi na rodzimym podwórku. Dość powiedzieć, że ten drugi w momencie wyjścia „Ludzi Sztosów” miał już rocznikowo 3 dychy na karku, a przecież to właśnie tę płytę można by z czystym sercem nazwać pierwszym sukcesem w karierze łódzkich nawijaczy. Jedni powiedzieliby "eee tam…lepiej późno niż wcale", inni: "kurwa, czemu tak późno?". Przyklasnąć można by jednym i drugim, bo z jednej strony niejeden fan pewnie wciąż narzeka na to, że polski słuchacz tyle czasu musiał dorastać do stylu serwowanego przez Sławów, ale z drugiej...ile to już tych "najbardziej niedocenionych" przerabialiśmy w historii rapu zarówno u nas jak i za wielką wodą? Inna sprawa, że "Ludzie Sztosy" to wreszcie była produkcja, która przystawała do obecnych (ówczesnych ;) ) czasów. Nie żebym miał coś do klasycznego brzmienia, ale jak widać odmiana, którą zaserwowały nam Sławy poprzednim krążkiem wpłynęła na zdecydowanie szerszy odbiór ich muzyki. To dzięki tej płycie Jarek i Radek pojawili się na większości polskich festiwali ostatnich dwóch lat (na Kempie również) i opchnęli ponad 12 tysięcy kopii. Wiadomo, że to i tak o wiele mniej niż stali bywalcy OLIS, ale zarazem to jednak wynik, którego nie można nie odnotować.

Wydawać by się mogło, że w takim wypadku rozsądnym posunięciem byłoby pójście za ciosem i zaatakowanie nowym projektem w 2016. A tu niestety zawód, bo nowa płyta wychodzi prawie równo 2 lata po swojej poprzedniczce. Dlaczego tak się stało? Czy chodziło o kwestię dopieszczenia płyty do ostatniego "uhh", czy może Sławy postanowiły dokonać jakiejś rewolucji? W końcu biorąc pod uwagę całą dotychczasową dyskografię dwóch pociesznych Łodzian, to z czystym sercem można stwierdzić, że „Ludzie sztosy” to zwrot może nie o 180, ale o jakieś 90, czy 120 stopni na pewno w stosunku do wcześniejszego dorobku. Jak jest tym razem…?