Gdy przeciętny śmiertelnik wymówi słowo "Compton", przed oczami staną mu slajdy z zalanymi krwią Czarnuchami (bądź też Latynosami), latającymi przez ulice tego miasta z wyciągniętymi gnatami, ewentualnie dojeżdżającymi swoje ofiary, jadąc furą. I jak łatwo się domyślić nie będzie to obraz zniekształcony, bo mimo, że w Compton nigdy nie byłem (i nie znam nikogo kto by tam się przypadkiem pojawił) to w sukurs jak zwykle może przyjść internet, który uświadomi nas, że jest to miejsce, w którym "narodziły się" takie światowej sławy gangi jak Crips, Bloods (Afroamerykanie), czy Compton Varrios (Latynosi). To właśnie w Compton w wyniku strzelaniny zginęła siostra Venus i Sereny Williams. To właśnie Compton jest jednym z najbiedniejszych przedmieść w USA. To właśnie Compton...
...wydało na świat wielu znamienitych i znanych całemu światu raperów. Z resztą nie tylko raperów, bo też całe mnóstwo sportowców: Tyson Chandler, Aaron Afflalo, czy wcześniej wspomniane siostry Williams pochodzą przecież z CPT, ale o nich to może innym razem, bo do naprawdę pokaźnego grona wybitnych raperów z tego miasta, nie tak dawno dołączył niejaki Kendrick Lamar. Ten 25-letni, niewysoki chłopaczek, rok temu został mianowany Freshmanem 2011, magazynu XXL, co zwróciło na niego powszechną uwagę. Ale zaraz, zaraz. Czy naprawdę można go stawiać już w tej chwili na równi z takimi wywodzącymi się z Compton legendami jak raperzy z N.W.A. czy Compton's Most Wanted? Jeżeli nie, to czy można go postawić na równi przynajmniej z nieco młodszym od nich reprezentantem - Game'm?
Kendrick dopiero zadebiutował, więc na takie porównania jest raczej za wcześnie. Swojego debiutu prawie na pewno nie sprzeda w większym nakładzie niż Game The Documentary, co nie zmienia faktu, że
25-latek z przedmieść Los Angeles jest postacią wartą uwagi. Sam Game docenił jego umiejętności zapraszając go na swoją poprzednią płytę. Mało tego - wspominałem wcześniej o prawdziwych legendach rapu z Zachodniego Wybrzeża - N.W.A. i Compton's Most Wanted. Wśród gości zaproszonych na solówkę Lamara, zobaczymy przedstawicieli zarówno jednej ekipy, jak i drugiej. Na good kid, m.A.A.d City pojawili się bowiem Dr. Dre i MC Eiht - ten pierwszy jest odpowiedzialny również za wydanie tej płyty. Ponadto, na płycie usłyszymy także gościnne występy Drake'a, Jay Rocka, czy Mary J. Blige, a każdy z gości - co trzeba podkreślić - spisał się świetnie. Młodzi (i nie tylko) raperzy lubią przesadzić z liczbą gości. Nie wiem czym to jest spowodowane...Brakiem pomysłu na przyciągnięcie przeciętnego słuchacza w inny sposób? Podbudowaniem ego? Być może, w każdym razie Kendrick takiego problemu nie ma, czuć, że płyta jest w pełni jego dziełem i żaden z gościnnych występów - choć wszystkie na co najmniej dobrym poziomie - nie przesłonił gospodarza.
A gospodarz przenosi nas na ulice (a jakżeby inaczej) Compton i raczy nas niebanalną historią. Niebanalną nie dlatego, że nie pojawiają się w niej stałe elementy życia w tym mieście. Miasto Kendricka ZAWSZE będzie kojarzyć się z tym, o czym wspominałem w pierwszym akapicie, tak więc - fani gangsterskich historyjek, możecie spać spokojnie. Lamar uraczy was takowymi podczas słuchania tego albumu. Różnica polega na jego podejściu do tego, co się dzieje na ulicach Compton. Różnica polega również na pomyśle na płytę. Jest to bowiem swoisty koncept-album z przeplatającym się przezeń wątkiem fabularnym. Każdy z kawałków jest mniej lub bardziej bezpośrednim odniesieniem do tego, co akurat się wydarzyło w linii fabularnej. Nie mam oczywiście zamiaru tutaj spoilować, muszę jednak stwierdzić, że zabieg ten udał się świetnie. Kendrick jest bowiem wybitnym storytellerem, dzięki czemu płyta utrzymuje mroczny, lekko przytłaczający klimat. Nie uświadczymy tutaj niesamowitych popisów technicznych - Kendrick to nie Eminem, ani Tech N9ne, ale w tym wypadku takie popisy mogłyby nieco zaburzać odbiór. Jeśli miałbym się jednak do czegoś przyczepić to monotonność flow Lamara. Nie chcę popadać w skrajności, ale nieco mógłby swoją nawijkę urozmaicić (chodzi mi tutaj o pojedyncze kawałki takie jak np. Sing About Me).
Kendrick jako mieszkaniec Compton miał oczywiście do czynienia z bronią. Opowiada o śmierci swojego kumpla, swojego wujka, o narkotykach, czy obrabianiu wraz z kumplami czyjejś chaty. Jednakże w całym tym przestępczym burdelu, przedstawia się nam jako koleś, który próbuje wyrwać się z tego bagna i znaleźć jakieś wyjście z całej tej sytuacji. Wspomina o tym jak zazdrościł wspominanym tu przeze mnie wcześniej Game'owi i Aaronowi Afflalo (dla niekumatych - koszykarz NBA), którym udało się wybić i osiągnąć sukces, jednocześnie zaznaczając z pewnością siebie, że będzie kolejnym Black Boy Fly. Zwraca uwagę na rówieśniczą presję (The Art of Peer Pressure), która wywiera ogromny wpływ na postępowanie każdego młodego mężczyzny. To właśnie w niej upatruje przyczynę swojego, niejednokrotnie złego postępowania ("that's ironic 'cause I've never been violent, until I'm with the homies"). Bardzo często to żądza zdobycia hajsu przysłania nam cały świat i to też popycha nas do złego postępowania (Money Trees). Równie duży, o ile nie większy wpływ na postrzeganie świata przez 17-letniego chłopaczka (akcja historii toczy się w 2004 roku) mają kobiety, które są głównym tematem kawałków Sherane A.K.A. Master Splinters Daughter oraz Poetic Justice. A gdy już dojdzie do tego, że taka, z którą dany chłopaczek wiązał jakiekolwiek nadzieje, zdecyduje się go wystawić, ten szuka pocieszenia w alkoholu (Swimming Pools). Do tego wszystkiego dorzucić należy kawałki takie jak m.A.A.d City, w którym Lamar, przejętym, niemalże płaczliwym głosem opisuje realia swojego miasta ("bodies on top of bodies, IV's on top of IV's/obviously the coroner between the sheets like the Isleys").
Wszystko to składa się na spójną całość. Lamar pokazuje, że jest bacznym obserwatorem, potrafi świetnie opowiadać i podchodzić do tematów w sposób niebanalny. Do tego dodać należy bity utrzymane w jednym, stonowanym klimacie, od takich beatmakerów jak Just Blaze, Hit-Boy, T-Minus, Scoop DeVille, czy Terrace Martin i choć podkłady do Backseat Freestyle, czy Sing About Me mogą być trochę męczące/nużące to jednak całość brzmi naprawdę zadowalająco.
Nie wiem cóż więcej można dodać. Bity oraz nawijka Kendricka (choć ze słabszymi momentami) wprowadzają niesamowity klimat, a fakt okraszenia tego wszystkiego wątkiem fabularnym jeszcze bardziej zwiększa przyjemność czerpaną z płyty. Goście spisali się na medal: Mary J. Blige po raz kolejny w tym roku po featcie u Nasa, dała popis, Dre z tekstami pisanymi przez Lamara brzmi bardzo fajnie - szczególnie na singlowym The Recipe, MC Eiht i Jay Rock - kolejne świetne zwrotki. W sumie najgorzej wypadł Drake, ale nie jest to w jego wykonaniu słaba zwrotka, choć jeżeli miałbym na siłę wybrać jeden kawałek do wyrzucenia, to wybór padłby na ten z jego udziałem.
W pierwszym tygodniu od ukazania się na półkach good kid, m.A.A.d City rozeszło się w 254 tysiącach egzemplarzy, co oznacza, że jeśli chodzi o sprzedaż z pierwszego tygodnia, Kendrick odstawił w tyle nowego Rick Rossa, Nasa, Cruel Summer, o Slaughterhouse, czy tegorocznych Freshmanach - MGK i Macklemorze nie wspominając. Jeżeli Game, którego Je5us Piece ma wyjść w grudniu, również osiągnie dobry wynik, rok 2012 upłynie pod znakiem raperów z jednego z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie - Compton.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz