Ekipa Slaughterhouse jest pewnego rodzaju fenomenem w świecie hip-hopu. Nie przypominam sobie bowiem, by w historii muzyki, polegającej na gadaniu do mikrofonu, pojawiła się 4-osobowa grupa, składająca się z raperów pochodzących z różnych miast. I to nie miast położonych w jednym stanie, bądź na tym samym wybrzeżu. Mowa tu przecież o Los Angeles, Nowym Jorku, Detroit i New Jersey, a nie trzeba być orłem w dziedzinie geografii, żeby szybko wydedukować, iż objechanie tych 4 miast wiązałoby się z dość długą wyprawą. W jaki sposób chłopaki ze Slaughterhouse dogadują się, a propo szczegółów płyty - urządzają sobie telekonferencje, czy też może spotykają się w jednym miejscu ( w założeniu - takim, by każdy miał do niego "blisko")? Szczerze nie wiem i mam na to troszeczkę wyjebane. Bardziej interesował mnie poziom, który zaprezentują na swoim najnowszym krążku. I to właśnie Welcome to: our House będzie tematem tego wpisu.
"Rzeźnicy" mają na swoim koncie solowe wydawnictwa oraz jakieś kolaboracyjne nagrywki, ale nigdy nie osiągnęli (nieistotne czy razem, czy osobno) znaczącego sukcesu medialnego, czy finansowego (wyjątkiem jest Bad Meets Evil - epka Royce'a i Eminema, ale to stosunkowo świeża sprawa). Welcome to: our House ma chyba na celu zmienić ten stan rzeczy. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Fakt jest taki, że Eminemowi chyba bardzo na tym zależy. Właściciel Shady Records - wytwórni, w której płyta została wydana - zadbał o promocję i przed premierą mogliśmy zobaczyć 3 klipy: do numerów "Hammer Dance", "My Life" i "Throw it Away". O ile pierwszy kawałek zapowiadał płytę w stylu, do którego Slaughterhouse nas przyzwyczaili, to "My Life" z gościnnym udziałem Cee Lo Greena bardzo mi ten rodzący się w wyobraźni obraz najnowszego dzieła "Rzeźników" wygładził. No cóż, łagodniejsze kawałki przydają się w zwiększeniu potencjalnego grona odbiorców (w domyśle - tych, którzy kupią płytę). Do "Throw it Away" zniechęciłem się jeszcze przed jego posłuchaniem, gdy zauważyłem, że pojawił się tam Swizz Beatz. Doprawdy nie wiem co w tym gościu jest na tyle niesamowitego, że pojawia się na najważniejszych/najciekawszych hiphopowych wydawnictwach. Slaughterhouse, nowy Nas, Watch the Throne, ostatnia płyta Westa, Blueprint 3 (co prawda to było 3 lata temu, no ale...). Na Life is Good kawałek ze Swizzem do odstrzału, na Blueprincie to samo, tutaj też rewelacji nie ma. Ani te refreny nie są fajne, ani kawałki z nimi nie mają w sobie nic ciekawego.
Pisania refrenów mógłby się Swizz nauczyć od swojej żony, która na tym samym Blueprincie zaśpiewała jeden z najlepszych refrenów do rapowego kawałka w historii. No, ale Alicia to Alicia...Inną postacią, która mogłaby dać mu korepetycje z pisania refrenów jest Eminem, który na opisywanej tutaj przeze mnie płycie pokazał jasno i dobitnie dlaczego uważam go za najlepszego rapera, stąpającego jeszcze po tym przeżartym kryzysem świecie. Shady pojawia się tu na 3 kawałkach i swoją charyzmą oraz umiejętnościami dorzuca kilka poważnych atutów do oferty przedstawionej przez płytę Slaughterhouse. Ciekawym posunięciem było zaproszenie Skylar Grey, którą większość słuchaczy może kojarzyć z refrenu do "I Need a Doctor" - kawałka promującego płytę-widmo o znanym już wszystkim tytule. Skylar pojawia się na 2 utworach i mimo tego, że wcześniej nie wyobrażałbym sobie jej jako dobrego uzupełnienia do nawijek "Rzeźników", to jednak muszę przyznać się do błędu. Szkoda, że Busta nie dostał nic poza refrenem, bo po jego gościnnych udziałach ("Welcome to my Hood Remix", "Worldwide Choppers", "Outro" z Cartera IV) można było przypuszczać, że zmiecie po raz kolejny. Pełnię swoich umiejętności pokazał za to B.o.B.
Hmm...Zamiast zacząć od warstwy muzycznej albo od poziomu rapowania, to ja startuję tak trochę od dupy (gości) strony. Nie wiem czy nie był to błąd ze względu na to, że muzyka jest chyba najmocniejszą stroną płyty. No I.D. jest w niesamowitej formie. Bity na ostatnie płyty Commona i Nasa były kozackie i choć tutaj mamy tylko 1 kawałek wyprodukowany przez niego ("Get Up"), to jednak utrzymuje on poziom tych z albumów wcześniej wymienionych raperów. Bity Alexa da Kid świetnie komponują się ze śpiewem Skylar Grey. W nieco podobnym klimacie utrzymane jest "Goodbye" autorstwa Boi-1da, T-Minus rzucił też fajne pętle ("Frat House" - miazga), no i oczywiście "Hammer Dance" AraabMuzik. Przy większości bitów dłubał też Eminem i mimo tego, że bity są dość różnorodne to tworzą ciekawy klimat.
Co do samych raperów...Zacznijmy od Royce'a. Zdumieniem i podziwem napawa mnie to, co ostatnio robi ten koleś. W przeciągu 2 lat wydał solówkę, Bad Meets Evil i 2 wydawnictwa spod szyldu Slaughterhouse (mixtape'ów nie liczę). Dodajmy do tego fakt, że każda z tych płyt stoi na co najmniej dobrym poziomie. Czapki z głów panie Montgomery! Może wreszcie przyciągnie pan taką uwagę, na jaką od lat pan zasługuje. Crooked I i Joell Ortiz nie odstają poziomem od Royce'a, który i tak stawia poprzeczkę (jak zwykle) wysoko. Od strony technicznej płyta jest naprawdę świetna i nie można jej zbyt wiele zarzucić. Problemem jest Joe Budden, który zdaje się trochę odstawać od reszty składu, choć i tak prezentuje się lepiej niż na poprzednich wydawnictwach.
Jaki maluje się zatem obraz tego albumu? Płyta dla mnie zdecydowanie na plus. Bity świetne, dobór gości zaskakujący, ciekawy, ale bardzo fajny, poza drobnymi wyjątkami (sorry Swizz). Mimo tego jestem pewny, że znajdą się ludzie, którym nie będzie pasować klimat tej płyty. Będą mówić, że nazwa Slaughterhouse do czegoś zobowiązuje i zamiast ("Goodbye") chwytać za serce powinna gnieść czaszkę. Można się więc czepiać, że album jest trochę za bardzo rozśpiewany, że gości jest jednak trochę za dużo, że album jest rozchwiany między kawałkami miękkimi jak puch, a tymi twardszymi, ale nie można mu odmówić przyjemności ze słuchania oraz wysokiej formy autorów. Na pewno nie będę tej płyty wyganiał przez dłuższy czas z odtwarzacza.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz